Heeeej! To znów ja XD
Przybywam z 1 częścią, dłuższej historii, pt. " Gryffindor schodzi na psy" :DD
Przepraszam, że takie krótkie, ale mój pies mnie wzywa >.<
Miłego czytania, pa :*
Nie wierzyła, że McGonagall to powiedziała.
- Może pani powtórzyć?
- Będzie pani dzieliła dormitorium z Draconem Malfoy'em.
- Dlaczego? Nie rozumiem.
- Jest pani prefektem naczelnym, a jak pani wie, trochę pozmienialiśmy zasady. Dwóch prefektów naczelnych mieszka w jednym dormitorium. Możecie wybrać jedną osobę, do towarzystwa. W sumie będzie was czworo.
- Pani profesor... Ale...
- Nie ma żadnych "ale" , panno Granger.
Hermiona wyszła z przedziału. Wyruszyli w podróż jakieś pół godziny temu, a McGonagall już zdążyła ją zdenerwować. Wróciła do przedziału w którym siedzieli Harry, Ron i Ginny.
Opadła na siedzenie. Widziała niezrozumienie w oczach przyjaciół.
- Co się stało, Hermi?
- Nic takiego, Gin.
- Mów śmiało, Hermiono.
- Nieważne, naprawdę, Harry.
- Ale Hermiono...
- Będę mieć dormitorium z Malfoy'em. Pasuje? - Wyraźnie wściekła wzięła za rękę Ginny i poprowadziła ją do drzwi.
- Wychodzimy, nie wiem, kiedy wrócimy. - Harry'emu i Ronowi opadły szczęki.
- Ona jest niesamowita...
- Ron! Nie będzie taka niesamowita, jak już nie będziesz miał u niej szans.
- Oh.. Harry, nie gadaj głupot.
- Ron? Czy ty jej w ogóle słuchałeś?
- Nooo... Prawie.
- Jak zwykle gapiłeś się na nią i wpatrywałeś się w jej...
- Harry!
- Powiedziała, że będzie dzieliła dormitorium z Malfoy'em.
- Przecież to nic ta... Czekaj. CO?!
- Ronaldzie Weasley! Czy ty nie potrafisz raz w życiu słuchać co mówię? - Przedrzeźniając ton głosu Hermiony wstał i wyciągnął uszy dalekiego zasięgu z torby.
- Po co ci to?
- Doczepię sobie, bo przecież nie mam uszu, tak jak Voldemort nosa, wiesz? - Ron wzdrygnął się na samo imię, ale po chwili roześmiał się.
Harry położył jedno ucho na drzwiach, a drugie przytkał sobie do własnego ucha.
- I co...? Słyszysz coś?
- Nic nie słyszę, bo pewien człowiek przeszkadza mi! Zamknij się, Ron! - Po chwili ciszy, Harry zabrał uszy i z powrotem schował je do torby.
- Hermiona poprosiła Ginny, żeby z nią zamieszkała, no, wiesz w tym dormitorium. Z Malfoy'em.
A jak Malfoy, to pewnie też Zabini. Super.
- Ale... Poza tym, że oni to kompletni idioci i Gin i Hermi ich nie lubią, to chyba... To nie tak źle, no nie?
- Eh... Może masz rację.
Miłość mimo wszystko
wtorek, 20 stycznia 2015
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Cześć!
Jestem Poochie i jestem początkującą, mega słabą 'pisarką'. W sumie nie mogę się tak nawet nazwać xd
Jestem Potterhead, więc moje opowiadania będą dotyczyły właśnie tej serii.Tak jakby :D
Tego one-shot'a dedykuję mojej przyjaciółce - Suzy. Baw się dobrze, rób zdjęcia, nie narzekaj Suzz, a no i nie przeraź się moim dzisiejszym brakiem wyobraźni.
Tego one-shot'a pisałam jakieś 3 razy. Wczoraj wychodziło mi to lepiej, ale oczywiście, Pooch ma takie szczęście, ze laptop jej się wyładował i wyłączył :') A opowiadanie prawie skończone było c;
Przepraszam, że taaak dużo dialogów, a taaaaaaak mało wszystkiego innego ;D
W sumie więcej jest tu samej Hermiony niż Romione, ale ok ;>>
Hermiona czuła się coraz bardziej zdołowana. Rodziców Ginny nigdzie nie było. Jej samej też nigdzie nie widziała. Pamiętała, że Harry'ego nie było tutaj od początku, Fred i George byli u siebie, ale przecież sprawdzała ich pokój.
Nie było ich.
Ani Bliźniaków, ani Percy'ego, ani Ginny, ani państwa Weasley'ów, ani Harry'ego, ani Ron'a.
Zniknęli.
Bała się, ale wiedziała, że musi zachować zimną krew. Tak jak Harry kiedyś, w Komnacie.
- Nanana na nana... - pod nosem próbowała nucić swoją ulubioną piosenkę, ale strach ją paraliżował.
Nagle okno się otworzyło. Jakiś ruch. Co to było...? - Hermiona gorączkowo próbowała znaleźć jakieś wytłumaczenia. Wyjrzała przez okno, a to, co zobaczyło zmroziło jej krew jeszcze bardziej.
- Vol... Voldemort... - wyszeptała.
- Kochana, głupiutka Hermiono... Myślałaś, że nie znajdę tych zdrajców krwi, i ciebie? Chyba nie zapomniałaś kim jesteś? Jeśli tak, to ci przypomnę, skarbie. Jesteś szlamą.
- Ale ty też Tom. - udało jej się zebrać resztki sił.
- Nie, Hermionko. BYŁEM szlamą. Teraz jestem Panem, Mistrzem, Królem. Niezniszczalny, niezwyciężony, niepokonany... To ja.
- Nie jesteś niezniszczalny, Tom. Harry cię zniszczy. Wtedy będziesz nikim. Będziesz...
- Oh.. Przepraszam, przeszkadzam? - Ron wparował do pomieszczenia niczym rakieta.
Wyciągnął różdżkę, a Voldemort zrobił to samo. Był szybszy. Gryfon nie miał żadnych szans.
Hermiona skoczyła do martwego ciała i zaczęła wrzeszczeć.
- NIEEE!!! TYLKO NIE RON!!! DLACZEGO ON...?!
To tylko sen... Tylko sen... To nie może być prawda...
*
- Mamo...
- Tak? Ginny, kochanie?
- Mam problem, bo...
Molly niczym petarda pociągnęła córkę na kanapę.
- Mów, skarbie. Co cię gryzie?
- Bo... Mam problem z Hermioną... Ona... Jeszcze się nie obudziła.
- Oh... Kochanie! Przecież się nie obrazi, jeśli ją obudzisz.
- Mamo... Nie w tym rzecz. Próbowałam. Ona nie reaguje. Jest cała roztrzęsiona i ma gorączkę.
- ARTUR!!!
Pan Weasley przybył szybciej niż jego żona się spodziewała.
- Idź na górę, oh... zaczekaj. Ginny, czy ona jest... eee... ubrana?
- Oczywiście, mamo! Hermiona nieubrana, to by dopiero było... - Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że jej przyjaciółka mogłaby spać na golasa.
- Arturze, idź na górę, weź Hermionę. Musimy odwiedzić szpital Świętego Munga.
Bez zbędnych pytań, pan Weasley pognał na górę, po Hermionę. Zabrał ze sobą jej kurtkę i narzucił jej na ramiona. Właściwie, nie wiedział dlaczego, w końcu mieli podróżować przez kominek, ale ostrożności nigdy za wiele... chyba.
Zszedł na dół z nieprzytomną dziewczyną na rękach, mimo, że mógł zrobić to przy użyciu magii.
- Ruszajmy. Hej! Ginny, wiesz, myślę, że nie powinnaś z nami iść.
- MAMO! TO MOJA PRZYJACIÓŁKA! JESTEŚMY JAK SIOSTRY I...
- No dobrze, już dobrze, chodź. - Wybuchy jej córki zawsze ją przekonywały. Tak jakby.
*
- Co ty w nim widzisz, nędzna szlamo?
- Teraz nędzna szlamo, tak?! Jesteś pieprzonym gnojkiem, Tom!
- Co? Na Sala...
Nie zdążył. Po prostu. Miała go dość. Miała dość tego, że musiał spieprzyć jej życie. Zabiła go. Przez niego, Ron teraz nie żyje. O Boże... O Boże... Co ona teraz zrobi bez Ron'a... Był najlepszym przyjacielem... Zaraz. On był cholernym gnojkiem. Zdradzał ją z Romildą Vane! Z tą flądrą!
*
Weasley'owie dotarli do szpitala. Hermiona mamrotała coś pod nosem.
- Dlaczego Rooon...
Zaczęła płakać, ale momentalnie przestała.
To było dziwne, fakt. Ale byli już w szpitalu. Weszli do środka, a recepcjonistka podpowiedziała im, żeby zaprowadzili ją do pani doktor, której gabinet mieścił się na drugim piętrze. Ginny nie pamiętała nawet nazwiska tej pani doktor. Była zbyt... roztrzęsiona - Tak, to chyba dobre słowo.
- Dzień dobry, kogo państwo szukają? - Zagadnęła ich jakaś blondynka.
- Szukamy pani doktor.. ee... Chase...
- Oh! Znaleźli państwo.
- To pani, tak? Potrzebujemy pilnej pomocy. To moja przyjaciółka. Ona nie może się wybudzić. Mamrocze, płacze, krzyczy i ogólnie to jest z nią źle. - Ginny szybciej niż rodzice wytłumaczyła, o co chodzi.
- Dajcie ją na wózek. Accio wózek! Tak będzie bezpieczniej. Zbadam ją. Dajcie mi chwilkę. - I odeszła z Hermioną.
*
NORA
- Gdzie jest Hermiona? - Najmłodszy z braci Weasley wkroczył do laboratorium Bliźniaków
- Uuuuu.... Nasz braciszek się zakochał! Nareszcie, Ronuś. A tak w ogóle, to powinieneś stąd wyjść.
- A nawet jeśli, to co? Czemu? A z resztą... nie ważne. Gdzie ona jest? - Warknął Ron
- Rodzice wyszli z nią i z Ginny. Powiedzieli coś, że idą do Munga, czy coś takiego. - Mimo, że byli wkurzający, to byli niezłym źródłem informacji.
- Wrócę później.
- Zakochał się - Fred uśmiechnął się pod nosem
- Ewidentnie - Zgadzali się ze sobą w 100 procentach.
*
Po godzinach oczekiwania doktor Chase wyszła wreszcie z sali. Ginny rzuciła się na nią niczym wygłodniały wilkołak.
- I co z nią? Wszystko dobrze? Wyjdzie z tego? Mogę ją zobaczyć? Jak ona się czuje?
- Spokojnie, spokojnie. Wszystko dobrze, odzyskała przytomność, mówi, że czuje się dobrze. Ah, możecie ją zobaczyć, ale pojedynczo. I w tym momencie stało się coś dziwnego. Bardzo dziwnego.
Ni stąd ni zowąd pojawił się Płomiennorudy brat Ginny. Nieprawdopodobne. A jednak.
- Co ty tu... Czekaj... Ron?!
- Tak, też się cieszę, że cię widzę, siostrzyczko. Po tylu tygodniach rozłąki pewnie się stęskniłaś, no nie?
- Co tutaj robisz? Ona nie chce cię widzieć. Wiesz o tym. Po tym, co zrobiłeś...
- Ale my nawet nie byliśmy razem! Ginny... Zrozum. Ja... Nie byłem z Hermioną, a z Romildą tym bardziej nic mnie nie łączyło. Ona jest brzydka, jak trollica... Ale wracając do tematu. Romilda mnie pocałowała, ale nie ja ją. To pewnie wtedy Hermiona mnie z nią widziała. Ehh...Chcę jej to wytłumaczyć.
- Dobra. Ale JA wchodzę pierwsza. Muszę ją przygotować, na spotkanie z dupkiem.
-Ej! - Ale Ginny już zniknęła. Opadł na krzesła.
*
Zobaczyła ruda czuprynę. Wiedziała, że to Gin. Ona jest najlepszą przyjaciółką na świecie. Gdyby nie ona... To żyłaby tak zawsze. Zawsze miałaby te koszmary. Doktor Chase była bardzo dziwną osobą, ale wytłumaczyła jej, że Hermiona miała depresję. Po tym, co zrobił ten dupek...
- Hej, Hermi... Jak się czujesz?
- Dobrze. Gin...
- mm?
- Dziękuję. - Przytuliła się do rudej.
- Ja nic nie zrobiłam. Musisz dziękować doktor Chase. To ona ci pomogła.
- Nie, Ginny. To ty mi pomogłaś. To dzięki tobie.
- Wiesz, Hermi... Bo... Jest taka sprawa.
- Mów śmiało.
- Ja, wiem, że to wszystko przez to i w ogóle, ale on chce z tobą rozmawiać. Ty pewnie nie chcesz, ale...
- Zawołasz go? - Hermiona wyraźnie posmutniała, ale Ginny wiedziała, że tak m u s i być. Musi.
Rudowłosa wyszła, krzyknęła coś, a w drzwiach pojawiła się kolejna ruda czupryna. Wiedziała, że tego chce. Wiedziała, że go kocha. Po prostu to wiedziała, czuła.
- Eee... Cześć, Hermiono... Jak ty się... - Nie pozwoliła mu dokończyć.
Wstała, wiedziała, że nie powinna.
Podeszła do niego.
A on wiedział, że czeka go zaraz cios w twarz. Należało mu się.
Zamiast bólu, poczuł...
Pocałunek.
Nie byle jaki.
W końcu, to Hermiona. Jest najlepsza w każdej dziedzinie. Oprócz Quidditch'a,
Kiedy oderwali się od siebie (mimo, że trwało to kilka minut, oni czuli jakby trwało to kilka sekund)
wiedział, że musi coś powiedzieć.
- Hermiono, ja wcale nie całowałem się z Romildą Vane. Ona mnie pocałowała, ale ja jej nie. Kocham tylko jedną osobę. Najbardziej na świecie. Ta osoba jest najpiękniejsza, najmądrzejsza, najkochańsza... Najlepsza. To...
- Harry? - Wesoła, pomyślał Ron. To dobrze.
Śmiali się razem. Jak kiedyś. Było cudownie.
- Najbardziej na świecie kocham ciebie, Hermiono. Gdyby tak nie było zapewne nie uciekłbym stamtąd.
- Skąd? - Nie kryła zdziwienia
- Z alkoholizmu, Hermiono. Z alkoholizmu. Przez ten rok cierpiałem na alkoholizm. Leczyłem się. Dla ciebie.
I znów ich usta się połączyły się.
***
Po dwóch tygodniach spędzonych w Szpitalu Świętego Munga, Hermiona wróciła do domu. Oczywiście nie sama. Z Ronem, swoim narzeczonym i oczywiście ze swoją przyjaciółką Ginny.
Naturalnie, Hermiona nie spodziewa się też, że jest w ciąży.
Jestem Poochie i jestem początkującą, mega słabą 'pisarką'. W sumie nie mogę się tak nawet nazwać xd
Jestem Potterhead, więc moje opowiadania będą dotyczyły właśnie tej serii.Tak jakby :D
Tego one-shot'a dedykuję mojej przyjaciółce - Suzy. Baw się dobrze, rób zdjęcia, nie narzekaj Suzz, a no i nie przeraź się moim dzisiejszym brakiem wyobraźni.
Tego one-shot'a pisałam jakieś 3 razy. Wczoraj wychodziło mi to lepiej, ale oczywiście, Pooch ma takie szczęście, ze laptop jej się wyładował i wyłączył :') A opowiadanie prawie skończone było c;
Przepraszam, że taaak dużo dialogów, a taaaaaaak mało wszystkiego innego ;D
W sumie więcej jest tu samej Hermiony niż Romione, ale ok ;>>
Hermiona czuła się coraz bardziej zdołowana. Rodziców Ginny nigdzie nie było. Jej samej też nigdzie nie widziała. Pamiętała, że Harry'ego nie było tutaj od początku, Fred i George byli u siebie, ale przecież sprawdzała ich pokój.
Nie było ich.
Ani Bliźniaków, ani Percy'ego, ani Ginny, ani państwa Weasley'ów, ani Harry'ego, ani Ron'a.
Zniknęli.
Bała się, ale wiedziała, że musi zachować zimną krew. Tak jak Harry kiedyś, w Komnacie.
- Nanana na nana... - pod nosem próbowała nucić swoją ulubioną piosenkę, ale strach ją paraliżował.
Nagle okno się otworzyło. Jakiś ruch. Co to było...? - Hermiona gorączkowo próbowała znaleźć jakieś wytłumaczenia. Wyjrzała przez okno, a to, co zobaczyło zmroziło jej krew jeszcze bardziej.
- Vol... Voldemort... - wyszeptała.
- Kochana, głupiutka Hermiono... Myślałaś, że nie znajdę tych zdrajców krwi, i ciebie? Chyba nie zapomniałaś kim jesteś? Jeśli tak, to ci przypomnę, skarbie. Jesteś szlamą.
- Ale ty też Tom. - udało jej się zebrać resztki sił.
- Nie, Hermionko. BYŁEM szlamą. Teraz jestem Panem, Mistrzem, Królem. Niezniszczalny, niezwyciężony, niepokonany... To ja.
- Nie jesteś niezniszczalny, Tom. Harry cię zniszczy. Wtedy będziesz nikim. Będziesz...
- Oh.. Przepraszam, przeszkadzam? - Ron wparował do pomieszczenia niczym rakieta.
Wyciągnął różdżkę, a Voldemort zrobił to samo. Był szybszy. Gryfon nie miał żadnych szans.
Hermiona skoczyła do martwego ciała i zaczęła wrzeszczeć.
- NIEEE!!! TYLKO NIE RON!!! DLACZEGO ON...?!
To tylko sen... Tylko sen... To nie może być prawda...
*
- Mamo...
- Tak? Ginny, kochanie?
- Mam problem, bo...
Molly niczym petarda pociągnęła córkę na kanapę.
- Mów, skarbie. Co cię gryzie?
- Bo... Mam problem z Hermioną... Ona... Jeszcze się nie obudziła.
- Oh... Kochanie! Przecież się nie obrazi, jeśli ją obudzisz.
- Mamo... Nie w tym rzecz. Próbowałam. Ona nie reaguje. Jest cała roztrzęsiona i ma gorączkę.
- ARTUR!!!
Pan Weasley przybył szybciej niż jego żona się spodziewała.
- Idź na górę, oh... zaczekaj. Ginny, czy ona jest... eee... ubrana?
- Oczywiście, mamo! Hermiona nieubrana, to by dopiero było... - Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że jej przyjaciółka mogłaby spać na golasa.
- Arturze, idź na górę, weź Hermionę. Musimy odwiedzić szpital Świętego Munga.
Bez zbędnych pytań, pan Weasley pognał na górę, po Hermionę. Zabrał ze sobą jej kurtkę i narzucił jej na ramiona. Właściwie, nie wiedział dlaczego, w końcu mieli podróżować przez kominek, ale ostrożności nigdy za wiele... chyba.
Zszedł na dół z nieprzytomną dziewczyną na rękach, mimo, że mógł zrobić to przy użyciu magii.
- Ruszajmy. Hej! Ginny, wiesz, myślę, że nie powinnaś z nami iść.
- MAMO! TO MOJA PRZYJACIÓŁKA! JESTEŚMY JAK SIOSTRY I...
- No dobrze, już dobrze, chodź. - Wybuchy jej córki zawsze ją przekonywały. Tak jakby.
*
- Co ty w nim widzisz, nędzna szlamo?
- Teraz nędzna szlamo, tak?! Jesteś pieprzonym gnojkiem, Tom!
- Co? Na Sala...
Nie zdążył. Po prostu. Miała go dość. Miała dość tego, że musiał spieprzyć jej życie. Zabiła go. Przez niego, Ron teraz nie żyje. O Boże... O Boże... Co ona teraz zrobi bez Ron'a... Był najlepszym przyjacielem... Zaraz. On był cholernym gnojkiem. Zdradzał ją z Romildą Vane! Z tą flądrą!
*
Weasley'owie dotarli do szpitala. Hermiona mamrotała coś pod nosem.
- Dlaczego Rooon...
Zaczęła płakać, ale momentalnie przestała.
To było dziwne, fakt. Ale byli już w szpitalu. Weszli do środka, a recepcjonistka podpowiedziała im, żeby zaprowadzili ją do pani doktor, której gabinet mieścił się na drugim piętrze. Ginny nie pamiętała nawet nazwiska tej pani doktor. Była zbyt... roztrzęsiona - Tak, to chyba dobre słowo.
- Dzień dobry, kogo państwo szukają? - Zagadnęła ich jakaś blondynka.
- Szukamy pani doktor.. ee... Chase...
- Oh! Znaleźli państwo.
- To pani, tak? Potrzebujemy pilnej pomocy. To moja przyjaciółka. Ona nie może się wybudzić. Mamrocze, płacze, krzyczy i ogólnie to jest z nią źle. - Ginny szybciej niż rodzice wytłumaczyła, o co chodzi.
- Dajcie ją na wózek. Accio wózek! Tak będzie bezpieczniej. Zbadam ją. Dajcie mi chwilkę. - I odeszła z Hermioną.
*
NORA
- Gdzie jest Hermiona? - Najmłodszy z braci Weasley wkroczył do laboratorium Bliźniaków
- Uuuuu.... Nasz braciszek się zakochał! Nareszcie, Ronuś. A tak w ogóle, to powinieneś stąd wyjść.
- A nawet jeśli, to co? Czemu? A z resztą... nie ważne. Gdzie ona jest? - Warknął Ron
- Rodzice wyszli z nią i z Ginny. Powiedzieli coś, że idą do Munga, czy coś takiego. - Mimo, że byli wkurzający, to byli niezłym źródłem informacji.
- Wrócę później.
- Zakochał się - Fred uśmiechnął się pod nosem
- Ewidentnie - Zgadzali się ze sobą w 100 procentach.
*
Po godzinach oczekiwania doktor Chase wyszła wreszcie z sali. Ginny rzuciła się na nią niczym wygłodniały wilkołak.
- I co z nią? Wszystko dobrze? Wyjdzie z tego? Mogę ją zobaczyć? Jak ona się czuje?
- Spokojnie, spokojnie. Wszystko dobrze, odzyskała przytomność, mówi, że czuje się dobrze. Ah, możecie ją zobaczyć, ale pojedynczo. I w tym momencie stało się coś dziwnego. Bardzo dziwnego.
Ni stąd ni zowąd pojawił się Płomiennorudy brat Ginny. Nieprawdopodobne. A jednak.
- Co ty tu... Czekaj... Ron?!
- Tak, też się cieszę, że cię widzę, siostrzyczko. Po tylu tygodniach rozłąki pewnie się stęskniłaś, no nie?
- Co tutaj robisz? Ona nie chce cię widzieć. Wiesz o tym. Po tym, co zrobiłeś...
- Ale my nawet nie byliśmy razem! Ginny... Zrozum. Ja... Nie byłem z Hermioną, a z Romildą tym bardziej nic mnie nie łączyło. Ona jest brzydka, jak trollica... Ale wracając do tematu. Romilda mnie pocałowała, ale nie ja ją. To pewnie wtedy Hermiona mnie z nią widziała. Ehh...Chcę jej to wytłumaczyć.
- Dobra. Ale JA wchodzę pierwsza. Muszę ją przygotować, na spotkanie z dupkiem.
-Ej! - Ale Ginny już zniknęła. Opadł na krzesła.
*
Zobaczyła ruda czuprynę. Wiedziała, że to Gin. Ona jest najlepszą przyjaciółką na świecie. Gdyby nie ona... To żyłaby tak zawsze. Zawsze miałaby te koszmary. Doktor Chase była bardzo dziwną osobą, ale wytłumaczyła jej, że Hermiona miała depresję. Po tym, co zrobił ten dupek...
- Hej, Hermi... Jak się czujesz?
- Dobrze. Gin...
- mm?
- Dziękuję. - Przytuliła się do rudej.
- Ja nic nie zrobiłam. Musisz dziękować doktor Chase. To ona ci pomogła.
- Nie, Ginny. To ty mi pomogłaś. To dzięki tobie.
- Wiesz, Hermi... Bo... Jest taka sprawa.
- Mów śmiało.
- Ja, wiem, że to wszystko przez to i w ogóle, ale on chce z tobą rozmawiać. Ty pewnie nie chcesz, ale...
- Zawołasz go? - Hermiona wyraźnie posmutniała, ale Ginny wiedziała, że tak m u s i być. Musi.
Rudowłosa wyszła, krzyknęła coś, a w drzwiach pojawiła się kolejna ruda czupryna. Wiedziała, że tego chce. Wiedziała, że go kocha. Po prostu to wiedziała, czuła.
- Eee... Cześć, Hermiono... Jak ty się... - Nie pozwoliła mu dokończyć.
Wstała, wiedziała, że nie powinna.
Podeszła do niego.
A on wiedział, że czeka go zaraz cios w twarz. Należało mu się.
Zamiast bólu, poczuł...
Pocałunek.
Nie byle jaki.
W końcu, to Hermiona. Jest najlepsza w każdej dziedzinie. Oprócz Quidditch'a,
Kiedy oderwali się od siebie (mimo, że trwało to kilka minut, oni czuli jakby trwało to kilka sekund)
wiedział, że musi coś powiedzieć.
- Hermiono, ja wcale nie całowałem się z Romildą Vane. Ona mnie pocałowała, ale ja jej nie. Kocham tylko jedną osobę. Najbardziej na świecie. Ta osoba jest najpiękniejsza, najmądrzejsza, najkochańsza... Najlepsza. To...
- Harry? - Wesoła, pomyślał Ron. To dobrze.
Śmiali się razem. Jak kiedyś. Było cudownie.
- Najbardziej na świecie kocham ciebie, Hermiono. Gdyby tak nie było zapewne nie uciekłbym stamtąd.
- Skąd? - Nie kryła zdziwienia
- Z alkoholizmu, Hermiono. Z alkoholizmu. Przez ten rok cierpiałem na alkoholizm. Leczyłem się. Dla ciebie.
I znów ich usta się połączyły się.
***
Po dwóch tygodniach spędzonych w Szpitalu Świętego Munga, Hermiona wróciła do domu. Oczywiście nie sama. Z Ronem, swoim narzeczonym i oczywiście ze swoją przyjaciółką Ginny.
Naturalnie, Hermiona nie spodziewa się też, że jest w ciąży.
Subskrybuj:
Posty (Atom)